środa, 28 grudnia 2016

Nastała ciemność [fragment]




Na skraju lasu, w dolinie zamykającej kilka małych miejscowości w południowej Polsce zapanował mrok. Mrok, w którym nic nie było już takie samo. Na co dzień tętniący życiem region zamilkł w bezruchu. Spowodowany zanikiem światła chaos uśmierzył nadgorliwość mieszkańców. Ich sercom towarzyszyło przygnębienie, zakłopotanie, lęk i niepewność.
Wszyscy wiedzieli, że nie było to przypadkowe. Wydarzyło się coś, o czym nie mieli pojęcia.
Telefony działały tylko sporadycznie, a internet wcale. Pokonanie kilkuset metrów po drodze graniczyło z cudem. Komunikacja nie funkcjonowała. Ludzie zgłaszali się na komisariat policji, aby uzyskać jakiekolwiek informacje. Bezskutecznie dyżurni też nic nie wiedzieli, ale musieli działać.
Policjanci z komendy rozpoczęli swoje działania od wzmożonych patroli i spisania dokumentacji.
- Takie przepisy, nic nie poradzę powiedział stonowanym głosem komendant, a następnie wyszedł i odjechał jednym z radiowozów. Żaden z funkcjonariuszy nie wiedział, gdzie udał się ich przełożony. Po kilku godzinach zadzwonił telefon naczelnika z wydziału kryminalnego.
Ten, odebrawszy telefon, usłyszał: Słuchaj Robert, bierz kryminalnych i przyjeżdżajcie na...
i sygnał się urwał. Robert był podinspektorem, a więc doskonale znał się na swojej robocie.
Kilkanaście lat pracy w policji robi swoje. Nic go nie zaskakiwało, ale taki przebieg wydarzeń potraktował jako sytuację niepokojącą. Nie wolno było jednak tego zlekceważyć, ponieważ stan, w jakim znajdował się cały region, był beznadziejny. Po kilku minutach ośmioosobowy zespół kryminalnych, spakowany w swoim uzbrojonym vanie wyruszył na patrol.
Cel był jasny znaleźć komendanta. Atmosfera w jadącym samochodzie była bardzo ponura, panowała niepewność.
Z ich wydziału na komendzie pozostał tylko Konrad, zastępca naczelnika, a więc gdyby komendant wrócił, cała reszta miałaby kłopoty. Dariusz był urodzonym przywódcą, ale sporo wymagał od swoich funkcjonariuszy. Nikt nie miał przy nim lekko, ale wszyscy darzyli go ogromnym szacunkiem.
- Panowie, coś jest nie tak. Byliśmy już chyba wszędzie, a po Darku nie ma nawet śladu.
Co się z nim stało? – zapytał dotąd zamyślony Robert. Nikt nie śmiał odpowiedzieć na to pytanie.
Nieustający mrok nie ułatwiał pracy, a do tego rozpanoszyła się zima. Po kilku godzinach męczących poszukiwań policjanci postanowili udać się w jeszcze jedno miejsce. Powstający zbiornik w Świnnej Porębie wydawał się im już ostatnim z możliwych miejsc, gdzie mogliby odnaleźć Darka.
Po dojechaniu na miejsce postanowili, że każdy z nich uda się w inną stronę, a jeśli któryś znalazłby jakieś ślady, powiadomi grupę przez krótkofalówkę. Zbiornik nie należał w całości
do ich powiatu, ale ze względu na sytuację byli zmuszeni przeszukać wszystko.
Z latarkami w rękach chodzili przez ponad trzy godziny, a ich organizmy były już niemal całkowicie wycieńczone. Takiego mrozu nie było tutaj już od ponad dwudziestu lat.
- To niesłychane! Do diaska, tak się nie da pracować! - zawołał jeden z funkcjonariuszy.

Jego nerwy były już maksymalnie nadszarpnięte, ponieważ mimo godziny dwudziestej pierwszej żaden z nich nie miał zamiaru kończyć poszukiwań. Ten sam, nadal sfrustrowany policjant dał sobie spokój i postanowił odpocząć. W tym celu udał się do pobliskiego mostu, aby tam uchronić się przed padającym niczym strzały na wojnie śniegiem. Zmarznięty, wykończony i kompletnie znudzony policjant nagle zauważył fragment jakiejś blachy, która wystawała spod śniegu.


fragment opowiadania, które zostało wysłane przeze mnie do "Konkursu na opowiadanie kryminalne"