Na skraju lasu, w dolinie zamykającej kilka małych miejscowości w południowej Polsce zapanował mrok. Mrok, w którym nic nie było już takie samo. Na co dzień tętniący życiem region zamilkł w bezruchu. Spowodowany zanikiem światła chaos uśmierzył nadgorliwość mieszkańców. Ich sercom towarzyszyło przygnębienie, zakłopotanie, lęk i niepewność.
Wszyscy
wiedzieli, że
nie było
to przypadkowe. Wydarzyło
się
coś,
o czym nie mieli pojęcia.
Telefony
działały
tylko sporadycznie, a internet wcale. Pokonanie kilkuset metrów po
drodze graniczyło
z cudem. Komunikacja nie funkcjonowała.
Ludzie zgłaszali
się
na komisariat policji, aby uzyskać
jakiekolwiek informacje. Bezskutecznie –
dyżurni też
nic nie wiedzieli, ale musieli działać.
Policjanci
z komendy rozpoczęli
swoje działania
od wzmożonych
patroli i spisania dokumentacji.
-
Takie przepisy, nic nie poradzę
–
powiedział
stonowanym głosem
komendant, a następnie
wyszedł
i odjechał
jednym z radiowozów.
Żaden
z funkcjonariuszy nie wiedział,
gdzie udał
się
ich przełożony.
Po kilku godzinach zadzwonił
telefon naczelnika z wydziału
kryminalnego.
Ten,
odebrawszy telefon, usłyszał:
„Słuchaj
Robert, bierz kryminalnych i przyjeżdżajcie
na...”
i
sygnał
się
urwał.
Robert był
podinspektorem, a więc
doskonale znał
się
na swojej robocie.
Kilkanaście
lat pracy w policji robi swoje. Nic go nie zaskakiwało,
ale taki przebieg wydarzeń
potraktował
jako sytuację
niepokojącą.
Nie wolno było
jednak tego zlekceważyć,
ponieważ
stan, w jakim znajdował
się
cały
region, był
beznadziejny. Po kilku minutach ośmioosobowy
zespół
kryminalnych, spakowany w swoim uzbrojonym vanie wyruszył
na patrol.
Cel
był
jasny –
znaleźć
komendanta. Atmosfera w jadącym
samochodzie była
bardzo ponura, panowała
niepewność.
Z
ich wydziału
na komendzie pozostał
tylko Konrad, zastępca
naczelnika, a więc
gdyby komendant wrócił,
cała
reszta miałaby
kłopoty.
Dariusz był
urodzonym przywódcą,
ale sporo wymagał
od swoich funkcjonariuszy. Nikt nie miał
przy nim lekko, ale wszyscy darzyli go ogromnym szacunkiem.
-
Panowie, coś
jest nie tak. Byliśmy
już
chyba wszędzie,
a po Darku nie ma nawet śladu.
Co
się
z nim stało?
– zapytał
dotąd
zamyślony
Robert. Nikt nie śmiał
odpowiedzieć
na to pytanie.
Nieustający
mrok nie ułatwiał
pracy, a do tego rozpanoszyła się zima. Po kilku godzinach
męczących
poszukiwań
policjanci postanowili udać
się
w jeszcze jedno miejsce. Powstający
zbiornik w Świnnej
Porębie
wydawał
się
im już
ostatnim z możliwych
miejsc, gdzie mogliby odnaleźć
Darka.
Po
dojechaniu na miejsce postanowili, że
każdy
z nich uda się
w inną
stronę,
a jeśli
któryś
znalazłby
jakieś
ślady,
powiadomi grupę
przez krótkofalówkę.
Zbiornik nie należał
w całości
do
ich powiatu, ale ze względu
na sytuację
byli zmuszeni przeszukać
wszystko.
Z
latarkami w rękach
chodzili przez ponad trzy godziny, a ich organizmy były
już
niemal całkowicie wycieńczone.
Takiego mrozu nie było
tutaj już
od ponad dwudziestu lat.
-
To niesłychane!
Do diaska, tak się
nie da pracować!
- zawołał
jeden z funkcjonariuszy.
Jego
nerwy były już maksymalnie nadszarpnięte, ponieważ
mimo godziny dwudziestej pierwszej żaden
z nich nie miał
zamiaru kończyć
poszukiwań.
Ten sam, nadal sfrustrowany policjant dał
sobie spokój
i postanowił
odpocząć.
W tym celu udał
się
do pobliskiego mostu, aby tam uchronić
się
przed padającym
niczym strzały
na wojnie śniegiem.
Zmarznięty,
wykończony
i kompletnie znudzony policjant nagle zauważył
fragment jakiejś
blachy, która
wystawała
spod śniegu.
fragment opowiadania, które zostało wysłane przeze mnie do "Konkursu na opowiadanie kryminalne"